W pogoni za uciekającym pociągiem - wywiad z o. Mateuszem R. Hincem

 

Warto przyjrzeć się sobie, bo przyzwyczailiśmy się biegać. Zresztą nikt nie uczy, jak dobrze przeżyć nasze „tu i teraz”. W szkole uczą tylko planowania, wybiegania w przyszłość, co skądinąd z pewnością również jest cenne. Ale na co zda się planowanie, kiedy nie umiemy cieszyć się życiem.

O problemie acedii z psychologiem, o. Mateuszem R. Hincem rozmawia Joanna Piestrak

Joanna Piestrak: Czy mógłby Ojciec wyjaśnić, na czym polega wspomniane przez ojców pustyni oszustwo złego ducha i w ten sposób nieco przybliżyć zjawisko acedii?

Mateusz Hinc OFMCap: Nie wiem, czy jestem w stanie powiedzieć cokolwiek więcej niż Ewagriusz z Pontu i inni ojcowie pustyni, którzy się tym zjawiskiem zajmowali. To oszustwo, w moim odczuciu, polega na przemianie odczuwania człowieka, która czyni go niezdolnym, by być „tu i teraz”. Ludzie znajdujący się w stanie acedii przestają cieszyć się tym, co posiadają i czym żyją. Co więcej, odczuwają to jako wielki przymus. Tak właśnie acedię przeżywali ojcowie pustyni.

Czy jest to tylko choroba mnichów?
Dotyka ona nie tylko mnichów, choć to oni bardzo silnie się z nią zetknęli i jako pierwsi ją opisali. Obecnie bardzo często moglibyśmy diagnozować w psychologii ten stan jako neurastenię lub wypalenie zawodowe. A one dotykają szczególnie osób, które zawodowo poświęcają się dla innych, np. psychologów, pielęgniarki, lekarzy, księży, siostry zakonne, pracowników społecznych.

Czy acedia szczególnie wiąże się z jakimiś etapami rozwoju człowieka, czy też może się pojawić w dowolnym momencie życia?
Nie spotkałem się z opracowaniami na ten temat. Na pewno pojawia się w pewnym momencie życia zawodowego czy zakonnego, który trudno jednak precyzyjnie określić. Zaobserwowałem, że ten stan ujawnia się głównie u osób samotnych, kiedy rodzi się w nich poczucie osamotnienia. Dochodzi do tego izolacja, pewien brak, swoista pustka, którą się odczuwa oprócz naturalnego zmęczenia.

Czyżby brak relacji z drugim człowiekiem był jednym z powodów acedii?
Nie chciałbym tak stawiać problemu, ale wszystko na to wskazuje. Trzeba jednak podkreślić, że acedia może spotkać każdego z nas. Chodzi tutaj o specyficzny, podkreślam, bardzo specyficzny rodzaj „rutyny”.

Definiuje ją Ojciec jako chorobę zawodową, chorobę ducha czy psychiki?
Daleki jestem od jakiejkolwiek definicji. Wychodzę bowiem z antropologii chrześcijańskiej, która postrzega człowieka jako całość złożoną z ciała, ducha i psyche. Mówił o tym Święty Paweł, kiedy przedstawił swój trychotonomiczny podział. Żywię głębokie przekonanie, że moja psychika, mój duch i moje ciało nie dają się oddzielić od siebie. To amalgamat, który wzajemnie się przenika i wpływa na siebie. Prościutki przykład: jeżeli boli mnie ząb, nie jestem w stanie się modlić ani skupić, odczuwam też obniżenie nastroju psychicznego, czyli moje ciało wpływa na moją psychikę. I odwrotnie: stan depresyjny uderzy w ciało tak, że nie pozwoli spać albo sprawi nieustanną senność, wywoła nadmierne łaknienie albo awersję do jedzenia. Depresja dotknie także sferę ducha: powoduje ona bowiem utratę chęci do życia i do modlitwy, co sprawi, że wiara zacznie się chwiać.

Trudno zdefiniować, na której płaszczyźnie pojawia się to, co Ewagriusz nazywa acedią, dotyka ona bowiem – jak widać – całego człowieka. To chyba on opisuje mnicha, który w pewnym memencie bierze Pismo Święte, zaczyna czytać, co jednak nic mu nie daje, więc podkłada je pod głowę, ale nie może spać, bo jest twardo. A zatem już ojcowie pustyni zauważyli, że ten stan wpływa na całą strukturę człowieka.

Wyczytałam w tekstach Ewagriusza, że na poziomie ciała ta choroba objawia się dusznością, która odbiera swobodę oddychania. Czy spotkał się Ojciec z takim przypadkiem w swojej praktyce?
Na podstawie spotkań z pacjentami wysnuwam wniosek, iż może się tak zdarzyć. Acedia nie tylko czyni niezdolnym do bycia „tu i teraz”, ale też rodzi brak poczucia samorealizacji. W tym drugim przypadku człowiek czuje się, jakby był czymś przyciśnięty albo utknął w sieci i z całych sił potrzebuje się z tego wyzwolić, nabrać powietrza, zaznać wolności i wreszcie zacząć robić dużo, dużo więcej niż dotychczas. Taka pokusa pojawia się w pewnym momencie zwłaszcza w życiu zakonnym. Ale zdarza się to również w codziennym życiu: człowiek może czuć się niezrealizowany w pracy, którą wykonuje, w życiu i miejscu, w którym właśnie się znajduje, czuje się przytłumiony tym wszystkim i potrzebuje się wyrwać. W tym momencie powinien postawić sobie pytanie o oszustwo: czy jest tak rzeczywiście, czy też to tylko subiektywne odczucie?

Skoro acedia jest oszustwem i odbywa się w skrytości ducha, zatem jak ją w sobie rozpoznać?
Myślę, że można to zrobić bardzo szybko. Wystarczy posłużyć się w tym celu choćby obserwacjami Ewagriusza z Pontu, który wskazał na następujące symptomy acedii: brak zadowolenia z wykonywanej pracy, nieustanne zniechęcenie i znużenie, niezdolność do skupienia.

Dla mnie jako psychologa pojawia się w tym miejscu pytanie nieco inne: czy mam do czynienia ze stanem depresyjnym, czy z neurastenią, a może z oszustwem duchowym? Należałoby w tym celu przeprowadzić głębszą analizę, diagnostykę i próbę rozeznania, bo być może wszystkie te stany chorobowe tutaj się łączą. Kto wie, czy pozostawione przez ojców pustyni tak trafne opisy stanu acedii nie są pierwszymi diagnozami neurastenii i wypalenia zawodowego (zauważanych w psychologii dopiero od kilkunastu lat).

[…]

Opisy acedii przywodzą mi na myśl pogoń za uciekającym pociągiem...
Albo oczekiwanie na pociąg, który dopiero ma przyjechać. W tym cały problem, że my nie mamy czekać na coś ani za czymś biegać, mamy żyć. I chyba pod tym względem trzeba się zgodzić na remedium, które podają ojcowie pustyni: należy dokładnie wykonywać czynności dnia dzisiejszego po to, by uczyć się żyć „tu i teraz”. Od siebie dodam jeszcze, by cieszyć się momentem, który Pan Bóg daje mi teraz, widzieć w nim sens, a nie myśleć o innym.

Czyli trzeba oswoić rzeczywistość…
Warto przyjrzeć się sobie, bo przyzwyczailiśmy się biegać. Zresztą nikt nie uczy, jak dobrze przeżyć nasze „tu i teraz”. W szkole uczą tylko planowania, wybiegania w przyszłość, co skądinąd z pewnością również jest cenne. Ale na co zda się planowanie, kiedy nie umiemy cieszyć się życiem. Weźmy na przykład wyjazd na wakacje, który planowaliśmy od miesięcy, z niecierpliwością nań wyczekując: kiedy przychodzi dzień wyjazdu, wyprowadzamy samochód z garażu, pakujemy do niego walizki, ruszamy i… od razu myślimy o tym, jak będziemy wracać. W sekundzie cały czar pryska. Iluż ludzi właśnie tak robi, z własnej woli gubi czas, który jest teraz…
 
Ojciec dr Mateusz Roman Hinc – kapucyn, psycholog i psychoterapeuta. Członek Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i zarządu Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich. Wykłada psychologię w seminariach duchownych kapucynów, paulinów, bernardynów, Studium Psychologii i Psychoterapii SPCh w Warszawie, a także w Szkole dla Spowiedników. Prowadzi praktykę psychoterapeutyczną dla osób duchownych.
 
 „Głos Ojca Pio” (nr 56/2009)
 
Źródło artykułu

 

Logowanie